poniedziałek, 7 listopada 2011

Snowdonia i okolice Conwy


Widok na dolinę Nant Ffrankon w Snowdnonii

Zeszłoroczna chmura wulkanicznego kurzu pokrzyżowała plany niejednemu. Nam także, bo mięliśmy spotkać się z rodziną w Polsce. Smutek i frustrację postanowiliśmy wykorzystać pozytywnie i wybraliśmy się do Snowdonii. Pogoda była piękna!


W drodze na Tryfan
Auto zaparkowaliśmy przy drodze A5 w pobliżu jeziora Llyn Ogwen. Ponieważ tydzień wcześniej wspinaliśmy się na Pen yr Ole Wen, tym razem postanowiliśmy podziwiać ten szczyt z naprzeciwka i nasze kroki skierowaliśmy w stronę Tryfan’u. Wspinaliśmy się od południowej strony szlakiem, który nie należy do często odwiedzanych. Dopiero po dotarciu na szczyt okazało się tłocznie, ale i tak byliśmy w stanie zrobić kilka ciekawych fotek.
 
Widok na szczyt Pen y Ole Wen
Stojąc na Tryfanie i spoglądając w południowo-wschodnim kierunku ujrzeć można Castell y Gwynt, na który zdecydowaliśmy się wspiąć, a mając zregenerowane siły i dużo pięknego dnia przed sobą, wydawałoby się nierozsądne JUŻ schodzić.



Marek na tle Castell y Gwynt



Podążając śladami innych spacerowiczów przeszliśmy drabiniastymi schodami na stronę południową i zaczęliśmy się wspinać. Im wyżej wchodziliśmy, tym trasa stawała się trudniejsza i wymagała zaangażowania rąk. W niewielkim oddaleniu przed nami widzieliśmy innych śmiałków, stąd teżwiedzieliśmy, że jesteśmy na dobrym tropie. Trasa była jednak tak trudna, że oboje stwierdziliśmy, że czas na odwrót. Droga powrotna przysporzyła nam nie lada stresu i zrezygnowania, nie mówiąc o strachu i totalnej panice. Nieświadomie zeszliśmy z trasy i zablokowaliśmy się wśród niestabilnych i osuwających się pod naciskiem stopy odłamach skalnych.



Ścieżka łącząca Tryfan i Castell y Gwynt
Szukając drogi powrotnej, Tryfan w tle
Przytomny umysł Marka wyciągnął nas z tarapatów i odetchnęliśmy, gdy kamienie przestały przesuwać się pod naszymi krokami. Zeszliśmy do jeziorka Cwm Idwal, obok którego biegnie trasa i spoglądając za siebie w górę zrozumieliśmy jak było blisko, by ten wypad skończył się w nieplanowany sposób.





Po wielu wrażeniach, jakich doświadczyliśmy pośród walijskich gór postanowiliśmy znaleźć nocleg w okolicy morza, więc wyjechaliśmy w kierunku Conwy. Była to nasza kolejna wizyta w tym uroczym miasteczku, ale tym razem starczyło czasu jedynie na przepyszne „fish’n’chips” i piwo skonsumowane w porcie.
Drugi dzień wycieczki opisany jest w "Llandudno i Aber Falls".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz